piątek, 27 grudnia 2013

Święta, Święta i... to właśnie miłość

Jeszcze kilka dni temu wszystko wskazywało, że w te Święta poczuję wreszcie smak wspólnoty. Od lat wszelkie sondaże wskazują, że Gwiazdka to dla Polaków raczej Boży dopust, niż Boże Narodzenie: kobiety zamieniają się w zołzy z powodu niewyrabiania na zakrętach przy próbach łączenia pracy w korpo z pierogową manufakturą, a faceci nie wyrabiają z zołzami. Do tego dochodzi męka zakupów, no bo jak kupić coś siostrze, której życie zna się głównie z fejsbuka czy szwagrowi, o którym nie wiadomo zupełnie nic, bo nie ma nawet profilu na fejsie. O tym, że na te prezenty nie ma kasy nie wspominając, bo to wiadomo. W ten sposób grudzień wygrywa w rankingach na najgorszy miesiąc w roku. 
http://michalpol.blox.pl/html/1310721,262146,169.html?103
Nigdy tego nie rozumiałam.
Zawsze uwielbiałam Boże Narodzenie. Matka, osoba na co dzień dość spięta, w grudniu łapała flow. Przez długi czas przed Gwiazdką jak wiewiórka znosiła do domu żarcie, na ostatnią chwilę zostawiając tylko to, co naprawdę konieczne. Przy czym "ostatnia chwila" to był dzień-dwa przed Wigilią. Mowy nie było, żebyśmy się stresowały 24. grudnia. Tego dnia robiłyśmy tylko uszka do barszczu i sałatkę. Około 15:00 miałyśmy wszystko z głowy i kiedy przez domy całej Polski przetaczały się tornada frustracji, my leżałyśmy z książkami pod kocem, ucinałyśmy sobie drzemkę przed wieczerzą albo oglądałyśmy bzdury w tv. I tak przez całe Święta. Zero pośpiechu, zero ciśnienia. 
Potem wszystko się zmieniło. Matka zachorowała w połowie grudnia, trzy dni przed Świętami lekarz kazał mi ją zabrać ze szpitala, mówiąc: "To mogą być jej ostatnie". Zabrałam więc i pierwszą w życiu samodzielną Wigilię przygotowywałam, płacząc. I tak przez kolejne Boże Narodzenia, z których każde mogło być ostatnie, bo Matka żyła wbrew wszystkiemu. Ostatecznie ostatnim okazało się czwarte od diagnozy. 
Dwa lata temu Gwiazdka odzyskała blask dzięki Mężowi, który wtedy był ledwie chłopakiem. 
W tym roku od listopada przebierałam nóżkami, bo przecież to pierwsze Święta z Synem, więc och! ach! musi być tak pięknie, że nawet atmosfera w "To właśnie miłość" nie będzie się umywać do mojej różowej chmurki z dzwoneczkami. 
No i - pardon le mot - chuj. 
Wszystko w łeb wzięło jakieś półtora tygodnia przed Wigilią. Nastroju ani ani, zamiast niego frustracja, niemożność wzięcia się w karby, chałupa brudna, kwicząca o świąteczne porządki, na prezenty, z którymi na ogół problemu nie mam pomysłów brak. 
No, proszę - pomyślałam - wreszcie jest szansa na solidarność z rodakami, na poczucie wspólnoty z narodem i przeżycie Świąt jak sondażowa większość rozdarta między koniecznością powtarzania, jaki to wspaniały rodzinny czas a totalnym emocjonalnym zjazdem. 
Jakoś nagle dopadła mnie tęsknota za Mamą.
I złość pomieszana z żalem, że nie spędzę tych akurat Świąt z Ojcem, który niestety mieszka zbyt daleko, by telepać się doń z niemowlęciem w zimowy (bo kto wiedział, że będzie wiosna?) szał drogowy szarżujących, bożonarodzeniowych kierowców? 
I tak oto już pogodziłam się z tym, że pierwsza Gwiazdka Syna będzie doprawiona goryczą, kiedy nieoczekiwanie wszystko ze mnie zeszło i znów stałam się najbardziej dziarskim reniferem w zaprzęgu. 
Moc wróciła gwałtownie i trwale. 
Święta były cudowne, w czym wielka zasługa Męża, zawsze mającego pod ręką trochę uczuć, rozgrzewających jak herbata z rumem, jak PRL-owska farelka tuż przed przepaleniem. 
Cudowne lenistwo, niespieszność i wyrzucenie się offline sprawiły, że cholera, "To właśnie miłość" naprawdę wysiadło. 

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Kaszel, smoki i miłosny firewall

Jeśli Bóg będzie mnie kiedyś chciał naprawdę ukarać, wyśle mnie do piekła pełnego kaszlących niemowląt.
Nie ma bardziej rozdzierającego widoku! Po ostatnim weekendzie zbieram z podłogi moje rozdarte na strzępy matczyne serce.
Syn z końcem tygodnia zaczął kaszleć jak Chopin na Majorce, co oczywiście wprawiło mnie w niezły dygot. Na szczęście nasz rodzinny Dr Hałs orzekł, że to tylko skutek zbyt suchego powietrza w mieszkaniu. Mąż ekspresowo nabył nawilżacz i ruszyliśmy z produkcją mgły. Dojście do 60 procent wilgotności w naszym ceglanym mieszkaniu nie było łatwe - chociaż elektroniczna stacja meteo pokazywała, że mamy w domu chmury, na liczniku wciąż było ledwie 50 proc. Wreszcie się udało i Synowi się polepszyło (za to ja, po nieprzespanej nocy przy nim złapałam przeziębienie i prycham).
Naprawdę, stara dobra hipochondria z wizjami rychłego zejścia z tego świata, względnie kalectwa to było małe miki w porównaniu do zgryzoty z powodu zatkanego nosa tego małego człowieka.
A jednak ta sytuacja ma swoje dobre strony. Mimo że serce mi się cały weekend krajało nad Synem, ostatecznie, ku własnemu zaskoczeniu, poczułam się silniejsza.
Nie spanikowałam, nie przystąpiłam do snucia czarnych scenariuszy, a po pierwszym momencie, kiedy faktycznie miałam wrażenie jak by mnie kto uderzył w brzuch, poczułam moc, którą zaczęłam intensywnie emitować w stronę Małego. I już po prostu WIEDZIAŁAM, że będzie ok.
Zdałam sobie sprawę, że gdzieś pod lękiem mam absolutne przekonanie, że moja miłość jest doskonałym firewallem, strzegącym Syna przed wszelkim tałatajstwem od roztoczy po smoki.
A tu sentymentalna próbka hipochondrii w wykonaniu samego mistrza:

czwartek, 28 listopada 2013

Jak skutecznie się udręczyć (część 2)

Ostatnio pisałam o tym, że gdyby zrobić infografikę obrazującą, co pochłania neurotyka, dwa słupki zdecydowanie górowałyby nad całą resztą jego aktywności. Pierwszy to zamartwianie się - mowa o nim była tutaj. Dziś czas na drugą wieżę z Kuala Lumpur. Co robi neurotyk, gdy akurat się nie martwi?
Planuje!
http://www.woodyallenmusiumrzec.blogspot.com/2013/11/jak-zapewnic-sobie-ciaga-udreke-i-nie.html
W dużej mierze plany neurotyka mają na celu wyeliminowanie zamartwiania się. Postanawia więc, że będzie codziennie biegał, a dwa razy w tygodniu skoczy na jogę, basen czy step, bo przecież wyduszone w treningu endorfiny tak dobrze działają na psychikę. Pędzi więc kupić na zachętę sportowe buty i stosowne odzienie. W efekcie szafa pęka od niemal nienoszonych fitnessciuchów, a z kasę wydaną na niewykorzystane karnety można by pojechać na Malediwy.
Planujący neurotyk uwielbia notesy. Ileż planów można w nich zapisać, ile list spraw do załatwienia i marzeń do spełnienia można ułożyć! Specjalne miejsce w neurotycznym umyśle zajmuje kalendarz - bożek, do którego można w nieskończoność kierować mantrę: "od poniedziałku idę na dietę", "od marca codziennie kuję angielskie słówka". Oczywiście najważniejszy jest ten moment pod koniec grudnia, gdy otwiera się kalendarz na nowy rok. Wraz z notowaniem ważnych numerów telefonicznych oraz wpisywaniem pod odpowiednią datą przeglądu samochodu i corocznej wizyty u ginekologa (w przypadku pań, panowie jak wiadomo na zapas do lekarzy nie chodzą), rośnie przekonanie, że oto nadchodzi wreszcie rok, kiedy wszystkie odkładane od dawna sprawy znajdą swój spektakularny finał, a neurotyk - zależnie od powołania - napisze powieść/ zmieni pracę/ schudnie/ nauczy się hiszpańskiego/ wreszcie zacznie oszczędzać. Oczywiście żadna z tych rzeczy nie następuje, wydarza się natomiast spektakularne splecenie się obu wież, bowiem neurotyk do wszystkich swoich zmartwień może teraz dodać również zgryzotę z powodu braku samodyscypliny i słabego charakteru. W ten sposób otrzymujemy fantastyczne perpetuum mobile: im więcej zmartwień, tym więcej planów ich zwalczenia, a im więcej planów, tym więcej porażek i powodów do zmartwień. Gdybyż polska gospodarka mogła się tak napędzać! Mechanizm jest doskonały i jeśli nie wtykać kija w szprychy, dowiezie nas do samiutkiego końca, co oznacza, że na łono Abrahama przeniesiemy się pełni zmartwień, natomiast nie będzie już możliwości robienia żadnych planów, chyba że ktoś zechce zaplanować sobie jakiś twarzowy outfit do trumny.
Jeśli chcemy uniknąć takiego - dość żałosnego - losu, nie ma bata, potrzebujemy mentalnego 11 września. Wieże muszą zostać zrównane z ziemia i basta.
Stąd osobiście od lat nie kupuję notesów (jeśli naprawdę mam poważny plan i wolę jego realizowania, mogę go zanotować na skrawku gazety) i od sześciu lat mam jedne spodnie do jogi. Co nie oznacza, że od czasu do czasu jakieś złośliwe gnomy gaciowe nie próbują odbudować wież. I owszem. Ot, choćby taki przykład. Postanowiłam ćwiczyć. Z natury jestem raczej kanapowcem-wykształciuchem, od izotoników wolę wino, a ze sportów wystarcza mi przewalanie się z boku na bok z książką i seks. No, ale była ciąża, jest Syn i trzeba o siebie zadbać. Figura co prawda sama naprawia się dość sprawnie, za to kręgosłup będzie miał coraz to nowsze wyzwania, bo Młody rośnie jak dług publiczny. Koleżanka poleciła mi panią Chodakowską, która  ma tę dobrą stronę, że gada z płyty i mogę ćwiczyć w domu. Mimo nieufności do nowej królowej polskich celebrytek, kupilam DVD i...
...i płyta zaległa. W przedpokoju na komodzie. W ten sposób była wystarczająco wyeksponowana, by o postanowieniu ćwiczenia przypominać i jednocześnie na tyle schowana, żeby nie udręczać non stop sumienia. Ale nie zamierzam znów być linoskoczkiem, balansującym miedzy obiema wieżami. Robię porządny grafik i zabieram się za ćwiczenia.
Inaczej naprawdę można na planowanie stracić tyle czasu, że nawet Proustowi nie chciałoby się go szukać.

czwartek, 21 listopada 2013

Jak zapewnić sobie ciągłą udrękę i nie dać szansy szczęściu (prosta metoda)

Gdyby spróbować procentowo oddać, czym w jakim stopniu zajmuje się neurotyk, na infografice pojawiłyby się dwa strzeliste słupki, górujące nad resztą aktywności niczym Petronas Towers nad Kuala Lumpur.
http://nascentarray.com/wp-content/uploads/2013/02/Petronas-Towers.jpg
Pierwszy słupek to zamartwianie się.
Zabiera niezwykle dużo energii, bo naprawdę trzeba utrzymywać wyobraźnię w stałej gorączce, by wraz z przepędzeniem jednego lęku nie powstała próżnia i by płynnie zastąpić go kolejnym. Osobiście mam taki freestyle, że martwię się przeciwstawnymi zjawiskami. Przykładowo na spacerze zadręczam Męża, wskazując na wózek z Dzieciem:
- Myślisz, że nie jest mu zimno?
Kiedy Mąż zaprzeczy - średnio musi zrobić to trzy razy - i uda mu się mnie uspokoić, po dosłownie kilku minutach wykrzykuję:
- Boże, mam nadzieję, że on się nie przegrzeje!
W ciąży martwiłam się, że Syn kopie za mało, by dzień później snuć dramatyczne scenariusze z powodu zbytniego zagęszczenia ruchów. W pracy martwiłam się zarówno brakiem zleceń, jak i ich nadmiarem, przy braku bowiem się ambicjonalnie nie realizowałam, a przy nadmiarze pogrążałam się w pracoholizmie.
Moja metoda bania się obu stron medalu jest trochę cwaniacka, przyznaję, ale pozwala skutecznie zapobiec pustce, jaka mogłaby się pojawić w neurotycznym umyśle po przegonieniu strachuna. Poza tym jest uniwersalna i można ją zastosować w zasadzie w każdej sytuacji. Szczególnie dobrze służy kobietom, które mają do niej wyjątkowy talent: od pasa w dół są za grube, a od pasa w górę zbyt wieszakowate, ich życie jest jednocześnie zbyt chaotyczne i zbyt nudne, a mężowie zarazem zbyt zasadniczy i nadto lekkomyślni. Polecam ją szczerze wszystkim obawiającym się życia w beztrosce i spokoju.
http://static.someecards.com/someecards/usercards/ab29c90e0b5f74f19632486d3bfe38dbfc.png

O drugim słupku napiszę niebawem.

wtorek, 19 listopada 2013

Matka Polka Neurotyczka

Moja Matka nazywała takie coś małym kosztownym drobiazgiem. Coś, co kobieta kupuje sobie na poprawę nastroju, dla dowartościowania się (choć - jak wiadomo - to niemożliwe do osiągnięcia za pomocą przedmiotów) czy nagrodzenia.
Kilka dni temu postanowiłam się ciut rozpieścić i wydać na Coś nieco zaoszczędzonego pieniądza. Szaleństwo, zważywszy, że w tym i następnym miesiącu odprowadzamy jakiś dziki haracz na rzecz koncernów farmaceutycznych, produkujących szczepionki.

*   *   *
Tak, szczepię dziecko. Nie, nie boję się, że dostanie od tego autyzmu i mnie samą ten brak lęku dziwi.

*   *   *

Christmas więc zapowiada się u nas w wersji economy, a nie deluxe.
Mimo to postanowiłam kupić Coś, które zawsze będzie mi przypominało początek macierzyństwa. Mąż wspaniałomyślnie dorzucił grosz do kapelusza i z tą małżeńsko-rodzicielską ściepą poszłam po zakup. Jechałam przez miasto dumna bardzo, że jestem taka dla siebie dobra, tak umiem o siebie zadbać, jak nie przymierzając pani ze "Zwierciadła".
Kupiłam, wróciłam. Mąż, obejrzawszy, dzielnie zniósł relację ceny do mizerności gabarytów oraz totalnej nieużyteczności, po czym poszedł na trening.
Zostałam sam na sam z Synem, Czymś oraz dziwnym przypływem energii do pracy.
Przez półtorej godziny sprzątałam kuchnię, zorganizowałam wreszcie apteczkę, oddzielając leki dobre od przestarzałych, które ekologicznie odłożyłam do odniesienia do apteki. Poukładałam rozrzucone miniciuszki i odłożyłam dokumenty, gdzie ich miejsce. W tym czasie co rusz latałam do sypialni i pochylałam się nad łóżeczkiem, w którym spał  Dzieć. Robię to zawsze, krzątając się po domu, tym razem jednak kursowanie zagęściło się co najmniej dwukrotnie.
O co chodzi? - zaczęłam się zastanawiać.
I skąd to poczucie przyjemności podczas sprzątania, którego przecież nie znoszę?
Dałam na moment nura w siebie i wyszło szydło z wora: najwierniejsze, najlepsze, najbardziej po syjamsku splecione z neurotycznością rodzeństwo.
Poczucie winy.
No jasne! Latam po chałupie jak fryga, sprzątam z uśmiechem na ustach (taki sam mieli z pewnością pokutnicy, opasujący się włosiennicą) i biegam do sypialni, bo mam poczucie winy!
Teraz znane mi od dawna uczucie obwiniania się o zbytnie nurzanie się w konsumpcjonizmie zostało wzbogacone szlachetnym rysem matkopolskim. Jak ona umie finezyjnie się biczować, że cała - po cebulki wypadających od laktacji włosów i 24/7 - nie oddaje się dziecku!
Dodaj napihttp://wyborcza.pl/duzy_kadr/5,97904,13526592,Kobiety_PRL___na_8_marca.html?i=6s
Noszszsz, jak można wydać na siebie więcej, niż kilka złotych, jak można tak bezwstydnie cieszyć się błyskotką, kiedy jedyną rozkosz powinno dawać pławienie się w macierzyństwie?
Pani ze "Zwierciadła" ulotniła się z furkoczacym pierdem puszczonego swobodnie balonika.
Została neurotyczna matka Polka,  sprzątaniem i nerwowym doglądaniem oddechu Dziecia zabiegająca o to, by los przypadkiem nie zemścił się za to, że wzięła kilka ciężko zarobionych złotych i poszła po zakup.
Jak ta cholera w nas siedzi! Nie jesteśmy żadne tam nowe pokolenie. Po wierzchu mamy więcej tak zwanego zdrowego egoizmu, a pod spodem smutne dziedzictwo matek i babek.
Ale nie dałam się jej.
Poszłam do kąpieli, przeczytałam coś miłego i przed pójściem spać uśmiechnęłam się do Cosia. A potem pocałowałam Syna, poprawiłam mu kołderkę i poszłam spać do Męża. Szczęśliwa z powodu tego, co w moim życiu najważniejsze i zadowolona z powodu kupionej pierdółki.

sobota, 16 listopada 2013

Niezbędność Szymborskiej

Obejrzałam właśnie transmisję gali wręczenia pierwszej nagrody im. Wisławy Szymborskiej. Kibicowałam Justynie Bargielskiej, ale widać za słabo ściskałam kciuki.
Zastanowiłam się: kiedy ostatnio czytałam jakieś wiersze?
Oh la la.
A kiedyś bez nich żyć nie mogłam. Zaczęłam w ósmej klasie podstawówki od Hillarowej i Poświatowskiej. Przeorałam całego Gałczyńskiego (jestem nim genetycznie obciążona po Dziadku) i Baczyńskiego, nie ruszałam na wakacje bez wagabundy Rimbauda, a moją pierwszą miłość najlepiej zdawały się opisywać sonety Szekspira. Cóż, jestem córką dwójki polonistów i ludzi pióra, nie mogło być inaczej.
A potem minęło.
Teraz chcę, żeby wróciło.
Bez poezji człowiek jednak chamieje.
http://bookmeacookie.pl/wislawa-szymborska-blysk-rewolwru/
Dzisiejsza gala w Krakowie skłoniła mnie do tego, by po raz drugi w ciągu kilku dni pomyśleć o sprawach zbędnych, bez których życie traci smak. Czerwone wino, crème brûlée - to nie są rzeczy, bez jakich nie można się obejść, ale ileż tracimy, jednak się bez nich obchodząc. A przyjaźń? W przeciwieństwie do pełnych oczekiwań związków legalizowanych i nielegalizowanych, więzi rodzinnych i zawodowych, przyjaźń jest zupełnie po nic, ot po to, by spędzić miło czas, coś ze sobą dzielić. Można pewnie bez niej żyć. Ale to rzeczy zbędne nadają życiu koloryt i smak, stając się de facto nieodzownymi. Poezja chyba powinna być na tej liście. Gdzieś między przyjaciółmi a kremem z jajek i śmietany.
Kiedyś nawet próbowałam ją pisać.
Teraz, póki co, staję się fanką poezji dnia codziennego.
To, czego się obawiałam - że dni przy Synu będą boleśnie jednakowe - nie nastąpiło.
Prawdopodobnie odpowiada za to prawo, wedle którego 98 procent rzeczy, których się obawiamy nigdy się nie ziszcza. Ba! gdybyśmy my, neurotycy, umieli przyjąć to do wiadomości!
Każdy dzień z Synem niesie coś nowego, to niesamowite, w jakim tempie idzie rozwój takiego malucha. Jedną z najbardziej fantastycznych rzeczy wynikających z macierzyństwa jest odkrywanie świata na nowo. Bo kiedy widzę zdumienie, z jakim Mały patrzy nagle na jasną plamę okna, odruchowo sama zaczynam się w nie wgapiać "świeżym okiem". I nagle widzę, że dzisiejszego ranka mgła jest jakby bardziej szara niż wczoraj. Zaczynam słuchać swojego własnego głosu, widząc, jak Syn reaguje na zmiany tonu i wyraźniej czuć własne palce, kiedy za nimi wodzi tymi wielkimi patrzydłami.
Jednym słowem Synowi udaje się to, co nie udało się wcześniej różnym mądrym guru, jacy z kart licznych  książek z gatunku "nauka szczęścia w weekend" namawiali mnie na bycie tu i teraz. Tadam! Oto jestem!

czwartek, 31 października 2013

Kijem w dupę gremlina

Nie pisałam z tej prostej przyczyny, że ciężko pisać, leżąc, a tak właśnie spędziłam ostatnie tygodnie. Drobne połogowe komplikacje sprawiły, że musiałam nauczyć się karmić Syna na leżąco. Przyznam, że doszliśmy niemal do perfekcji, co nie jest trudne, jeśli całymi dniami oddawać się praktyce. Gdyby wszyscy muzycy ćwiczyli gamy i pasaże tyle godzin dziennie, co my z Synem ćwiczymy ciągnięcie cyca, świat byłby pełen Zimermanów, Rozstropowiczów i Menuhinów.
Wskutek tych intensywnych treningów prześladuje mnie wizja piersi płaskich i rozciągniętych jak ciasto na pizzę. Jakiś obwoźny cyrk będzie mnie targał po Europie niczym babę z brodą czy człowieka-słonia, a ja będę zadziwiać publikę dzikim tańcem, podczas którego cycki będą mi falować jak dwie pizze w rękach neapolitańskiego mistrza kuchni. Ot, taki obrazek.
http://crossfitamplify.com/2013/07/21/community/
Żeby było jasne: ewentualna ruina moich cycków zupełnie mnie nie martwi. Przeciwnie: czuję jakąś ulgę, że wreszcie nie trzeba już się napinać na bycie doskonałą. 35 lat chodziłam z idealnym ciałem, mogę dla odmiany kolejnych 35 przechodzić z defektami.
W ogóle liczba spraw, którymi się martwię drastycznie spadła odkąd jest Syn. W zasadzie jedno tylko może mnie znów wciągnąć w klimat rodem z Woody,ego: troska o Zająca. I owszem, zdarzało mi się przez ostatnie tygodnie schizować na jego punkcie.
Dlaczego on tak charczy przez sen?
Czy nie jest mu za zimno?
Czy nie jest mu za ciepło?
Czy nie szkodzi mu mleko, które piję?
Czy dobrze wysysa mleko ze mnie?
Nie dojada?/Przejada się?
Hmm, dziwny kolor tej kupy.
Czy nie powali go pół lampki wina, które spożyłam na bankiecie (tak, tak, byłam na bankiecie. Mąż zrobił wszystko, bym po wielu, wielu tygodniach mogła pójść na moment między ludzi)
Czy aby na pewno - uwaga, to jest hit! - mój Syn mnie lubi???
Owszem, bywa, ze zrywam się w nocy nasłuchiwać oddechu Małego i w półmroku obserwować ruch przepony.
Ale nie jest żle. Ba, jest wręcz dobrze.
Nie pamiętam, kiedy miałam w sobie tyle spokoju. I zaufania do siebie, a to zupełne novum. Podejmuję odnośnie Syna decyzje i nie podważam ich po pięciu minutach. Żadnego gryzienia pazurów: rany, a może jednak należało pójść tą drugą ścieżką?
Noo, podoba mi się to. Całe życie do tego dążyłam. Czyżby pierwsze oznaki dojrzałości?
Bridżet przedstawiła mi wczoraj piękny obrazek: schizy jako gremliny, które waleniem kijem po dupach zapędza się do kąta.
I tak właśnie jest. Moje lęki - niegdyś smoki, które musiałam powalać ciosami Umy Thurman z "Kill Billa" - teraz są zaledwie nieznośnymi gremlinami.

czwartek, 10 października 2013

Rozmyślania przy produkcji mleka

Syn ma już miesiąc i Bóg mi świadkiem, nie wiem, kiedy to zleciało. Dni płyną jeden za drugim, niepostrzeżenie mieszając się z nocami, bo co różnica czy dzień, czy noc, skoro przed oczyma i tak zawsze albo pielucha z musztardową (tak ją określają w moim podręczniku do macierzyństwa) kupą albo mój cyc wetknięty w usta syna, co jest nie lada wyczynem, zważywszy, że cyc większy od głowy. A jak juz syn cyca cyca, spływa na mnie błogość, wzruszenie i niedowierzanie, że ten mały człowiek w calości wyprodukował mi się w brzuchu, a teraz buduje się nadal na mleku, powstającym w wyniku przetworzenia kotletów teściowej oraz czekolady Lindt Orange.


Nie da się ukryć, zaczęłam przygodę życia. Niegdysiejsze mieszkanie w Paryżu, wędrówka po lodowcu czy wizyta w obozie dla uchodźców to małe miki w porównaniu z tym, czego doświadczam, siedząc całymi dniami na tyłku (tyłek obolały po porodzie niestety te całe dnie czuje) na sofie w jednym z naszych dwóch jasnych pokojów. Jeśli się komuś wydaje, że do poznania życia i siebie trzeba wyjechać do aśramy w Indiach, nurzać się w hammamach Marakeszu czy rzucać się zimą na Broad Peak, powienien spróbować rodzicielstwa.
O dziwo póki co nieźle funkcjonuję w permanentnym niedospaniu. Tu muszę zaznaczyć, że brak snu zawsze uważałam - obok zimna i hałasu - za torturę, której poddana natychmiast przyznałabym się do zamachu na WTC, uczestnictwa w bunga bunga u Berlusconiego oraz posiadania pilota do teleskopwej brzozy w Smoleńsku. Ale nie hojraczę, nie hojraczę, bo nie wiem, co będzie dalej. Poki co Syn okazuje miłosierdzie i budzi mnie tylko raz-dwa w ciągu nocy. Za to potrafi się obżerać po połtorej godziny, więc niechybnie za rok czekają mnie cycki do pasa.
Poród wraca do mnie w krótkich, jaskrawych scenach. Wielkie, niezwykłe przeżycie. Trudne, ale dobre.  Jednocześnie czysto biologiczne i mistyczne. Takiego skupienia nie osiągnęłam nigdy wcześniej. I nigdy wcześniej nie byłam tak bardzo OBECNA. Tylko tu i teraz. Nic poza tym.  Przeszłam to jak rasowy zadaniowiec: bez cienia strachu, skoncentrowana, nie marnując ani odrobiny energii na skargi czy lęk.
To było absolutne zaprzeczenie neurotyzmu. Jestem z siebie dumna. Chyba po raz pierwszy w życiu naprawdę dumna. 
Well done, mała!

poniedziałek, 16 września 2013

Urodziłam Syna!

9 września 2013 r. Syn bardzo dzielnie i w pięknym stylu przeszedł na drugą stronę brzucha.
http://www.abeautifulbodyproject.com/?page=2
Póki co nie mam w sobie wystarczająco dobrych, celnych słów, żeby opisać to, co się w moim życiu wydarzyło i wciąż wydarza od tygodnia.
Bomba szczęścia i miłości.
Lubię ten moment, kiedy w nocy, po karmieniu, kładę Syna do łóżeczka i otulam kołderką w jeże i zające. Potem sama kładę się obok Męża, który otwarciem jednego oka i uśmiechem milcząco zapewnia mnie o stałym czuwaniu.
I wtedy wiem, że już zawsze będę się wieczorami modlić tylko o jedno: o szczęście i bezpieczeństwo moich chłopaków.

sobota, 7 września 2013

Ally McBeal łapie balans

Obudziłam się w środku nocy i poczułam się jak papież przygnieciony meteorytem.
http://www.hiro.pl/magazyn/magazyn_zjawiska/papa_in_da_house.html
Kiedy jako tako doszłam do siebie, doszło do mnie, że nic na mnie nie spadło i bynajmniej nie mieszkam w Watykanie. Ba, nawet nie pozuję do rzeźby Maurizio Cattelanowi. Po prostu leżę na wznak, a w łóżko wbija mnie mój własny brzuch. To była ciężka noc, każde przewrócenie się z boku na bok powodowało ból i serię moich fantazyjnych jęków. Nie mogę zrozumieć, dlaczego kino i towarzyskie opowieści kobiet są pełne scen z chlustającymi wodami i powalającymi na ziemię skurczami od razu występującymi co trzy minuty, a nikt nie mówi o tym, jak trudne jest to cholerne oczekiwanie na poród. Ani o tym, że 80 proc. dzieci rodzi się po terminie.

Ponieważ jednak już to wiem, wczoraj postanowiłam odpuścić. Wstałam w świetnym nastroju i z energią, jakiej nie miałam od wielu tygodni. Ugotowałam zupę z cukinii, zrobiłam pranie, a potem ktoś przypadkiem przypomniał mi o idei piosenki przewodniej z "Ally McBeal". Znalazłam więc na You Tube to:

Po dwukrotnym odtańczeniu układu wraz z bostońskimi neurotykami poczułam się jeszcze lepiej.
A teraz serio. Nie lubię zdawać sobie sprawy, że nie mam wpływu na bieg wydarzeń, że to nie ja trzymam ster, ale nagle dotarło do mnie, że tak właśnie jest. Zresztą - wbrew pozorom - rzadko go trzymamy, prawda?
Teraz skupiam się na tym, żeby iść przez to wszystko chwila po chwili.
Bez patrzenia na zegarek i w kalendarz.
Młody i tak się niebawem pojawi - za dzień czy za pięć, z własnej woli czy wykurzony z norki oksytocyną. Wkrótce tu będzie. A ja zamierzam dobrnąć do tego punktu spokojna.
*   *   *
Hmm, pamiętam, jak Mąż mi powiedział, że jeśli chodzi o piosenkę przewodnią, nigdy nie należy się ograniczać i najlepiej od razu zafundować sobie wersję symfoniczną. I jak go nie kochać?

środa, 28 sierpnia 2013

Hemingway i apka z logiką

- Dupa do gorącej wody, lampka wina i pójdzie! Jak ja tak zrobiłam, to nie wiedziałam, czy będę rodzić, czy srać!
Tak mi wczoraj poradziła pani w drogerii "Natura". Kibicuje mojej ciąży od dobrych kilku miesięcy. Dotąd robiła to, dorzucając do moich zakupów garście bezpłatnych próbek kosmetyków dla ciężarnych. Teraz najwyraźniej jednak zaczęła mi współczuć ogromnego brzucha i postanowiła poratować praktyczną radą.
Jest ciężko, nie powiem.
W poniedziałek spałam do 15. Obudził mnie Mąż wracający z pracy. We wtorek podniosłam tyłek z betów i zrobiłam oko oraz włos o 13:30.
Każdego dnia liczę się z tym, że tym razem Mężowi nie uda się już wyciągnąć mojego coraz bardziej bezwładnego ciała z wanny. Nasz wieczorny rytuał coraz bardziej przywodzi mi na myśl Hemingwayowską walkę człowieka z merlinem.
http://royceferguson.blogspot.com/2011/10/old-man-and-sea-of-cortez.html
Poza tym jestem na jakimś hormonalnym haju. Pomijam już klasyczny mood swing od płaczu do euforii z zamyśleniowym odlotem po drodze. Jest gorzej: przestała mi działać apka z logicznym myśleniem. Jak by nie patrzeć z każdym dniem jestem bliżej porodu. Ale mnie z każdym dniem niezakończonym porodem wydaje się, że on nigdy nie nastąpi, że złośliwym zrządzeniem losu utknę w jakimś dziwnym sci-fi, w jakiejś ciążowej never ending story. 
Do tego dręczy mnie trudno uchwytne zawieszenie między absolutnie dosłowną realnością wielkiego brzucha, ociężałości, łupiących kości miednicy a totalną nierealnością tego, że lada dzień wylezie ze mnie mały człowiek. Nie wierzę w to po prostu. Albo inaczej: tylko na wiarę to mogę brać, bo nie jestem w stanie sobie tego uzmysłowić. I przyczepione magnesem do lodówki foty Syna w 3D nie ułatwiają sprawy ani na jotę. Nie ogarniam tego po prostu i nie wiem, czy ogarnięcie umysłem - nawet jeśli ma się skopany małymi stópkami pęcherz i żołądek - jest w ogóle możliwe. Mimo całej wiedzy, pozostaje to jakąś niesamowitą tajemnicą i misterium. 
Ten emocjonalny kipisz w połączeniu z nerwami z powodu kolejnych zapisów ktg oraz zwykłą niecierpliwością męczą. Cierpliwości nie mam za grosz. Jakoś nie stanęłam w kolejce, kiedy ją rozdawali. Podejrzewam, że obracałam wtedy drugi raz w ogonku po temperament.  
Ale spokojnie, Synu, matka nie jest tak zdesperowana, żeby korzystać z rady pani z drogerii. 



czwartek, 22 sierpnia 2013

Potwór Końca Ciąży

Wróciłam do domu.
Tych kilka dni w szpitalu kompletnie mnie wytrąciło z równowagi. Plus jest taki, że tak się wydenerwowałam kolejnymi zapisami ktg, że chwilowo nie mam siły się martwić. Lekarze twierdzą też, że nie mam powodów. Ich zdaniem Syn jest po prostu ruchliwy i zwyczajnie ma zadyszkę - stąd takie tętno.
Generalnie na opiekę w szpitalu nie mogę narzekać. Położne i doktorzy supertroskliwi i wyważeni. Tylko jeden młody lekarz postanowił nie rozpieszczać ciężarówy nadmiernym optymizmem i kiedy po usg oraz Dopplerze (które wyszły ok) spytałam dla pewności, czy wszystko w porządku, odparł:
- Czy wszystko, proszę pani, to się okaże po porodzie i za kilka lat.
Jaka szkoda, że opryskliwość nie wystarczy, by być doktorem Housem.
Powrót do domu uwolnił Potwora Końca Ciąży. O ile dotąd jeszcze próbowałam się trzymać, o tyle wczoraj puściły wszystkie tamy i hormony polały się ze łzami.
Całą ciążę zniosłam z uśmiechem na ustach. A teraz koniec z tym rozanieleniem. Nie jestem już miła.
Mam dość!!!
Mam skopane przez Młodego jelita i pęcherz. Zwykła rozmowa przyprawia mnie o zadyszkę. Jęczę przy wstawaniu z kanapy - co z tego, że 18 kg, które przybrałam nie widać, skoro moje stawy kolanowe je czują?
W nic się nie mieszczę - mam w pasie 110 cm!
Męczy mnie nawet siedzenie, bo się podduszam. A co mam cały dzień robić na leżąco? Nawet czytać długo się nie da, bo ręce drętwieją od trzymania książki.
Kontakt ze światem mam tylko dzięki tabletowi - nawet opuchniętym paluchem da się coś wydotykać.
No a poza tym, to już tylko niecierpliwość, niepokój, napięcie oczekiwania, poczucie nadciągającej zmiany...
Na szczęście dla Męża w tym wszystkim miewam też napady chichawek. Może wtedy na moment odetchnąć i przygotować się do następnej rundy.


sobota, 17 sierpnia 2013

W łóżku z Antonim Macierewiczem

- Jak masz na imię, bo ja Natalia - tak zawsze zaczynałam gadkę z nieznajomymi dzieciakami w piaskownicy jakieś 30 lat temu.
http://www.majawolf.pl/galeria/kopie_obrazow/cud-nad-wisla-jerzy-kossak.html

W święto Matki Boskiej Zielnej oraz Wojska Polskiego (że też u nas święci zawsze w mundurach, a mundurowi z aureolą nad głową) niemal identyczną formułkę skierowałam do dwóch brzuchatych dziewczyn na oddziale patologii ciąży.
Poszliśmy z Mężem na rutynowy zapis ktg i naszą położną zaniepokoiło wysokie tętno Syna. Zapis powtórzono no i już nie wróciłam do domu. Przebadali mnie, przebadali Syna - wszystko gra. Skąd takie zapisy - nie wiadomo.  
Czasem po prostu tak jest, dzieci bywają hiperaktywne. Ja właśnie mam teorię, że Młody jest po prostu dzikiem. Nie mam zresztą pojęcia, po kim to dziecko miałoby być spokojne. Ojciec się nałogowo sportuje, matka wiercidupa (to cudowne określenie usłyszałam od zaprzyjaźnionej matki-blogerki, którą możecie poczytać tutaj ), dziadki z obu stron też mają pieprz w tyłku. 
No, ale lekarze chcieli obserwować, to oberwują, na władzę nie poradzę.
Oczywiście dla mojej schizowej psychy opcja "nie wiadomo, skąd takie objawy" jest najgorsza z możliwych. W szczelinie między zaniepokojeniem doktorów a brakiem wyjaśnienia znajduję świetną przestrzeń na wypuszczenie z siebie ducha ludu smoleńskiego. Tak, tak, jeśli jest pole do domysłów, rodzi się we mnie Antoni Macierewicz. W pierwszych godzinach po przyjęciu do szpitala Mąż dostał więc potężną dawkę kastroficznych wizji oraz przewrotnie pokrętnych teorii na temat wcześniejszych niedopatrzeń i uchybień zajmujących się mną służb położniczych. 

*   *   *
Na marginesie, służby owe trochę same są sobie winne, że obrzuciłam je kamieniami. To dla mnie niepojęte, jak dalece autystyczny społecznie może być młody lekarz. Wchodzi, ja niemal wstaję, by wyciągnąć rękę i się przedstawić, ale szybko pasuję, kiedy widzę, że gość patrzy mi w mostek zamiast w oczy i przemyka obok, by jak najszybciej oddzielić sie ode mnie barykadą biurka. Następnie nie odpowiada na moje proste i logiczne pytania (np. o to, dlaczego równie wysokie tętno Młodego nie wzbudziło takiego niepokoju podczas zapisu półtora miesiąca wcześniej), tłumiąc mój głos szelestem papierów. No żesz cholera! Co ja mam sobie myśleć? 

*   *   *
Na szczęście po kilku godzinach na oddziale i długich rozmowach z Mężem oraz konsultacjach z dobrymi duszami, udało mi się wykopać Antoniego ze szpitalnego łóżka, w którym już się dziad mościł jak u siebie. 
Odbyłam też wychowawczą rozmowę z Synem, wyraźnie mu uświadamiając, że lepiej, by poszedł na współpracę z matką oraz służbami medycznymi. No i od wczorajszego wieczora zapisy idą ładne. Jakby mi dziecko w brzuchu podmienili - wzorowe 130-140 łomotów na minutę. 
Mam nadzieję, że już tak zostanie. Pogodziłam się z tym, że zostanę tu do porodu, choć to dla mnie trudne, ale denerwować się jeszcze dwa czy trzy tygodnie nie mogę.
Na marginesie: piękny jest dźwięk ktg. Zawsze mam przed oczyma pędzącego małego kucyka. Kucyka, Synu, nie mustanga!

piątek, 9 sierpnia 2013

Szczęśliwa zmienność bytu

Trzy dni temu obudziłam się o czwartej rano. Wieczorem pochłonęłam całą pyszną pizzę z anchois i przyszło mi za to zapłacić koszmarną zgagą, która wyrwała mnie ze snu niczym chuda i bezduszna wychowawczyni z XIX-wiecznego szkockiego internatu dla dziewcząt.
http://www.freewebs.com/jennlovesautographs/apps/photos/photo?photoid=140135668
Poszłam do kuchni, zaparzyłam sobie mięty z miodem i usiadłam przy naszym stole.
Zapomniałam już, jak wspaniałe są takie wczesne poranki. Z natury jestem raczej specem od wszelkich odcieni nocy, świt to obce królestwo. Patrzyłam więc przez okno na bujną zieleń i stalowe niebo. Ze zgrozą odnotowałam, że na sportowym basenie, który właśnie wybudowano nam pod oknami (na szczęście nie zasłaniając pięknego widoku) pracuje już czyściciel. Natychmiast wzniosłam dziękczynienie, że nigdy nie musiałam pracować o tej porze.
Hmm, pana czyściciela będę zapewne częściej widywać, kiedy Syn już przyjdzie na świat...
Patrzyłam tak i patrzyłam i nagle doszło do mnie w jak przedziwnym momencie i miejscu jestem.

*   *   *
Trzy lata temu o tej porze czekałam na śmierć mojej Matki. "Czekałam" w sensie: próbowałam przewidzieć jej nadejście i jakoś się do tego przygotować.
Teraz czekam na narodziny Syna.
Przez swoje kuchenne okno widzę wystające zza drzew ostatnie piętro szpitala.
Tam 35 lat temu Matka mnie urodziła.
Tam zdiagnozowano jej guza mózgu.
Tam lada dzień przyjdzie na świat Zając.
Żeby było jeszcze dziwniej, mniej więcej w połowie drogi od mojego okna do szpitala, stoi - ukryte w gęstych o tej porze roku zaroślach - hospicjum, gdzie Matka umarła.

*   *   *
Trzy lata temu sierpień też był gorący.
Te dwa punkty w czasie - zauważyłam to, kiwając się nad filiżanką słodkiej mięty - łączy jeszcze coś.
I wówczas, i dziś czuję się spokojna i silna.
Jestem neurotyczką, bez dwóch zdań. Boję się mnóstwa wyimaginowanych rzeczy i potencjalnych katastrof. Zawsze jednak na szczęście okazuje się, że wobec realnych wyzwań jestem wyprostowanym i patrzącym przed siebie zadaniowcem.
Im bliżej porodu, tym mniej się boję, tym większej nabieram pewności, że mam po prostu do wykonania - do spółki z Synem i Mężem - ważną misję. Tu nie ma miejsca na pitu-pitu, łolaboga co to będzie, ile czyha na mnie możliwych nieszczęść. Tu się trzeba ogarnąć, zebrać w sobie i tyle.
Prze się ostatecznie zawsze do przodu, nie?

*   *   *
Najpiękniejsza w tym wszystkim jest ta niesamowita i absolutnie nieprzewidywalna zmienność życia. Gdyby wtedy, gdy co wieczór siedziałam na krześle przy łóżku Matki, ktoś mi powiedział, że za trzy lata będę szczęśliwym, zaobrączkowanym wielorybem, ledwie dychającym na leżance z powodu upału i wielkiego ruszającego się brzucha, nigdy bym nie uwierzyła.
Zresztą w takie zbiegi okoliczności, jak te odkryte przeze mnie kilka dni temu o świcie też trudno uwierzyć. Brzmi to wszystko, jak z jakiegoś scenariusza Kieślowskiego (nigdy gościa specjalnie nie lubiłam, jest na mojej liście Wielkich Kabotynów). Ale wszystko jest prawdą.
Dorzucę nawet jeszcze ciut do worka nieprawdopodobieństwa: Matka zmarła w imieniny Ojca.

środa, 31 lipca 2013

Koszmar wiecznej młodości

Koniec ze skokami na bungee, motocyklem, surfingiem, jointami i whisky. Ustawowo Zając ma do wyjścia jeszcze pięć dobrych tygodni, ale Doktor Gin potwierdził dziś, że możemy nie dobić w dwupaku do terminu. Włączam megaoszczędzajacy tryb życia, choć Bóg mi świadkiem, nie wiem, jak mogę jeszcze bardziej nic nie robić. Póki co obkupiłam się książkami, a Mąż - najwyraźniej próbując mnie przygnieść tomiszczami w łóżku, bym nie uciekła - dorzucił dziś jeszcze jedną od siebie.
Chciałabym mieć jeszcze przynajmniej  2-3 tygodnie na totalnym luzie, tylko dla nas. Czuję, jak z każdym dniem się uspokajam. Dziś zupełnie nieoczekiwanie dla mnie samej poczułam się taka fajnie dorosła. Przez kilka sekund patrzyłam na siebie z boku i pierwszy raz od dawna spodobało mi się to, co zobaczyłam: trzymającą emocje na wodzy laskę, która całkiem nieźle ogarnia rzeczywistość, sprawnie oddzielając ziarno od plew.
Kilka dni temu byłam z Bridżet na "Frances Ha". Na marginesie - świetny film. Dziś poczułam ulgę, nie odnalazłszy w sobie śladów zamotanego w swoje własne wyobrażenia i klisze podlotka. Wieczna młodość - cóż to byłby za koszmar!

środa, 24 lipca 2013

Krzątactwo precz, zwaaalniaaam. Promise.


Zidentyfikowałam pierwszego wroga, który nie pozwala mi skutecznie unieszkodliwić mojego wewnętrznego Woody'ego.
Krzątactwo.
Pogrążam się w setkach mikroczynności, byle tylko nie usiąść na tyłku i nie ogarnąć tego stada gdaczących lęków, gęgających schiz i chrumkających pułapek myślowych.
Wiem, metafora powinna być bardziej mroczna, zawierać jakieś nietoperze, a przynajmniej pająki, ale staram się umniejszać swoich wrogów, stąd farma.
Mam wybitny talent do wyszukiwania sobie zadań nawet prowadząc tak oszczędzający tryb życia jak teraz. Mąż zresztą uważa, że oszczędzam się raczej tak sobie. Twierdzi, że mogłabym np. odpuścić sobie robienie konfitur. Ja mu na to, że przecież oszczędziłam sobie roboty: konfitury zrobiłam z jagód i malin, czyli zero odszypułkowywania, zero drylowania, no luz-blus.
Ale Mąż ma rację, że wprowadzam w swoją codzienność za dużo zamętu, który nie pozwala mi skupić się na tym, co naprawdę dla mnie ważne. W ten sposób nie słyszę swoich myśli ani intuicji. Muszę zwolnić. Wywalić z codzienności te pierdołowate drobiazgi, które niczego nie wnoszą, za to pozwalają skutecznie przepieprzyć godziny w co prawda względnej pogodzie ducha, ale i bez ukorzeniania się w chwili.
Dziś wylądowałam na ktg w szpitalu, bo Zając mało się ruszał w swojej zwyczajowej porze brykania.  Wszystko z nim w porządku, ułożył się już nawet główką w dół do porodu (co nie znaczy, że w tej pozycji zostanie), ale ja, leżąc na kozetce, słuchając jego tętna i klikając przy każdym jego ruchu, znów poczułam, że czas na spooowooolnieeenieee. Od jutra koniec z krzątactwem. Czas ogarnąć bajzel na farmie. 

piątek, 19 lipca 2013

Jeszcze leżę, lecz ożyję i zwyciężę


Nie wiem kto tam w tym roku wygrał pod Grunwaldem, ale ja swoją pierwszą bitwę na zapowiedzianej ostatnio wojnie przegrałam.
http://gdziebylec.pl/artykul/Grunwald_600/52
Mniejsza o szczegóły, dość, ze znów próbowałam wszystkim dookoła i sobie samej udowodnić, jaka jestem, a jaka nie jestem. Konkretniej: próbowałam przeprowadzić dowód, że nie jestem tak neurotyczna jak moja Matka.
Tak, jakby ktoś mnie z nią porównywał.
Tak, jakby to miało jakieś znaczenie.
Tak, jakby wciąż żyła.
Prawda jest taka, że była to chyba najbardziej nieszczęśliwa osoba, jaką znałam i że obwiniam o to jej neurotyzm, choć nie zapominam o obiektywnych okolicznościach, które uczyniły jej życie tak smutnym.
Prawdą jest też to, że mam do niej żal, że niczego nie próbowała w sobie przebudować. Choćby dla mnie, po to, by pokazać mi się szczęśliwą, wy wyprawić mnie w świat z przekazem, że życie bywa różne, ale generalnie jest fajne. Że nawet przez porażki i katastrofy można przejść z bezczelnym uśmiechem, choćby wymuszonym.

Byłam z nią zżyta mocno, zbyt mocno. Przez to czasem nie odróżniam siebie od niej, wydaje mi się, że muszę powtórzyć jej los. Wtedy daję czadu jak w ostatni weekend. Na szczęście powoli dociera do mnie, że jestem jak głupia mysz w laboratorium, która ciągle wybiega w niewłaściwy korytarz i dlatego taśta ją prąd. I na szczęście mam przy sobie mojego nieneurotycznego Męża.
Mąż rzekł:
- Weź ty już pochowaj tę swoją matkę.
I wiecie co? Jakieś dwa dni później przyśniło mi się, że przechodziłam obok kaplicy zakładu pogrzebowego, w której było tzw. ostatnie pożegnanie Matki.

*  *  *
Tu lekko makabryczny, ale najprawdziwszy smaczek: zakład jest obok mojego ulubionego klubu, w którym wypiłam morze drinków i przetańczyłam setkę nocy, a oba zacne lokale mijałam codziennie w drodze do pracy, kiedy jeszcze pracowałam w swoim mieście.
*  *  *

Mijam zatem w swoim śnie tę kaplicę, patrzę, a tu wielka szklana witryna, a w środku blado różowe ściany, stoliki, krzesła i wielkie bukiety pięknych kwiatów - zamiast zakładu dziwna kawiarnio-kwiaciarnia.
Więc może moja podświadomość wreszcie coś zrozumiała?
Mąż w każdym razie upiera się, że nie przegrałam bitwy, lecz przerżnęłam tylko pierwszą połowę, a wyniku do przerwy i tak nikt nie pamięta. OK, kupuję to tłumaczenie, choć nie słyszałam, by bitwy miały połowy. Może mają też dogrywki?

czwartek, 11 lipca 2013

Maczeta w dłoń


Od jutra idę na wojnę. Bóg tak chce, jak mawiali krzyżowcy.
http://www.filmweb.pl/film/Joanna+d'Arc-1999-842  
Dziś rano okazało się, że przez noc wyrosłam ze wszystkich swoich butów. Opuchnięte stopy wylewały mi się z balerin i tenisówek jak źle obwiązana szynka, a o włożeniu nowiutkich czerwonych trampek w ogóle nie było mowy. Pojechałam więc do galerii handlowej i nieźle się tam nagimnastykowałam, po pierwsze szukając czegoś sensownego w moim nowym rozmiarze, po drugie nachylając się i gnąc, by buty w ogóle włożyć.
Wyszłam zamordowana i tak ta poranna wizyta położyła się cieniem na całym moim dniu. Ok, nie znoszę galerii (kto w ogóle wymyślił tę nazwę?!?) handlowych, ale bez przesady. A może to ta dziwna senna pogoda? W każdym razie musiałam dziś po raz kolejny przyznać się przed sobą, że jestem strasznym nastrojowcem - jak wpadnę do studni, ciężko mi wyleźć. I tak sobie myślę, że czas coś z tym zrobić. Nie chcę, by na moje samopoczucie wpływała godzina w centrum handlowym, nieuprzejma sprzedawczyni, foch szefa czy pogoda.
*  *  *
Na marginesie: kiedyś Anne Applebaum opowiadała, że gdy zamieszkała w PL, nie mogła zrozumieć, dlaczego od rana wszyscy, łącznie z prowadzącymi audycje w radio i tv, gadają o ciśnieniu atmosferycznym, a potem przez resztę dnia wszystko na nie zwalają.
*  *  *
Wracając do meritum.
Ja tu póki co radośnie piszę o swoich schizach i odcieniach szarości mej duszy, a Zając rodzi się za niecałe dwa miesiące i należałoby się zacząć dziarsko ogarniać. Tu nie ma już co dywagować, tu trzeba brać maczetę i wyrąbywać te neurotyczne chaszcze, żeby dziecko zobaczyło trochę słońca na twarzy matki.





środa, 10 lipca 2013

Ćpunka z różańcem

Byliśmy wczoraj, jak to mówi Mąż, na widzeniu z Synem, czyli na badaniu. Zając, bo taką ksywę dostał młody, wreszcie ładnie zapozował do portretu w technologii 3D. Trudno swierdzić jeszcze do kogo jest podobny, ale ten grymas nadąsanych usteczek to chyba po mamusi. Miejmy nadzieję, że to nie zapowiedź przyszłego neurotyzmu.

http://nz.lifestyle.yahoo.com/practical-parenting/
A' propos: przed badaniem tradycyjnie się zeschizowałam. W przebieralni mamrotałam pod nosem modły, żeby wszystko było dobrze, a na kozetce serce waliło mi jak młot. I zauważyłam, że te moje nerwy są już zwykłym nawykiem. Gorzej: stały się rytuałem! Jakby zaniechanie obawiania się o Zająca mogło spowodować lawinę złych wieści. Poczułam wczoraj, że tak naprawdę czekam na tę cudowną ulgę po nerwach, na to zejście powietrza i błogostan. To uczucie, że oto kolejny raz cudem uniknęłam katastrofy - którą już podsuwała mi wyobraźnia i w którą zdążyłam uwierzyć, siedząc w ginekologicznej poczekalni - jest odurzające, ćpam tę ulgę jak narkoman kokę. Wstyd przyznać, ale całe to emocjonalne nakręcanie się przed badaniami zrobiło się rodzajem zabobonu: jak się nie pomartwię, nie pozrzędzę Mężowi, to stanie się coś złego. Jestem jak baba, co pluje przez lewe ramię, klnie na psa urok i macha różańcem na widok czarnego kota. No paździerz, co tu dużo gadać. Człowiek myśli, że ma jakiś tam stopień intelektualnego wyrafinowania, bo poczyta sobie czasem Baumana, obejrzy Felliniego, a tu się okazuje, że jak przychodzi co do czego, to ma we łbie aplikację do magicznego myślenia à la Paulo Coelho.
http://www.chamsko.eu/2107/Paulo_Coelho.html

czwartek, 4 lipca 2013

Resajkling w komnacie tajemnic

Nie pisałam, remont mnie pokonał.
Pierwszy tydzień znosiłam świetnie, bo tak się zaprogramowałam. Zanim chłopaki rzucili się z wałkami na ściany, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego właściwie tak się boję tego remontu i w kółko opowiadam wszystkim, że nie znoszę podobnych akcji. Jeszcze ciekawiej się robiło, kiedy zdałam sobie sprawę, że jedyny remont, jaki przeżyłam miał miejsce dobrych dwadzieścia parę lat temu, kiedy z rodzicami zamieniliśmy małe mieszkanie w betonie na większe mieszkanie w betonie. Co innego przeprowadzki - tych zaliczyłam od matury kilkanaście i mam święte prawo ich szczerze nienawidzić.
http://grandmasscribbles.blogspot.com/2013/04/a-moving-experience.html
Z rzeczonego remontu pamiętać wiele nie mogę, a już na pewno jakoś mocno na nim nie ucierpiałam, bo było lato i całe dnie ganiałam po podwórku, zostawiając starych z całym majdanem i ich kłótniami (żarli się już wtedy na okrągło, a w szczególnych okolicznościach wyciągali swoje najlepsze popisowe numery). Skąd więc ta awersja do remontów? Pogłówkowałam i doszłam, że to jedna z rzeczy odziedziczonych - oprócz mieszkania - po Matce. Otóż to ona po rozwodzie przeprowadziła nas ze wspomnianego betonu do cegły na drugim końcu miasta. Wykonała tytaniczny wysiłek, razem z majstrami dygając kafelki na czwarte piętro i ogarniając cały ten bajzel. A potem nigdy nie dała mi o tym zapomnieć, wielokrotnie wspominając "ten koszmar".
Tak, tak, dla neurotyka oddzielenie tego, co jest jego od tego, co mu zaszczepili inni - podsuwając słowa i myśli jak drinki z dragami - bywa trudne. Jak Harry Potter mam taką swoją komnatę tajemnic, w której kotłują się różne rzeczy z dzieciństwa, zaklęcia latają w powietrzu, a czasem wypadnie jakiś trup z szafy. Muszę wtedy go zgrabnie zresajklingować, żeby się o niego nie potykać, tylko iść do przodu.
http://gabtor.wordpress.com/2010/10/27/harry-potter-and-the-chamber-of-secrets-movie-photo-gallery/
Tym razem poszłam częściowo i przez pierwszy etap remontu przebrnęłam śpiewająco i z uśmiechem na ustach. Potem opadłam z sił i wyrżnęłam nosem w ziemię. Ale już otrzepuję kolanka (choć wciąż jesteśmy na ostatniej prostej) i wracam.

wtorek, 25 czerwca 2013

Mój kolega Michael Douglas

Mam fula.
Chcę do swojego domu! U Gamy jest słodko, ale chcę do własnego łóżka! Chcę się cieszyć nowymi białymi ścianami, ciszą i robieniem konfitur w odmalowanej na fest kuchni! A tu w salonie na podłodze wciąż piętrzy się biblioteka, kartony pokazują bebechy, a ja co rano sięgam po majtki do walizki! Jestem bratnią duszą Michaela Douglasa z "Upadku".

Wczoraj byliśmy z Mężem na zakupach w Ikei. Mimo że Mąż dwoił się i troił, żebym jakoś zniosła tę wizytę w labiryncie konsumpcji, wybieranie szafek, łóżeczka dla Syna i kosza na nasze brudne gacie trwało w nieskończoność i totalnie mnie wykończyło. To już nie dla mnie, nie mam siły, cierpliwości ani koncentracji. Ja mogę na ryneczek po truskawki się przejść i ewentualnie na koniec kwiatki do wazonika kupić.
Dziś ledwie żyłam cały dzień i w końcu na wieczór się spektakularnie załamałam.
Tu wyznam wstydliwą prawdę, że skrajnie zmęczona jestem jak przedszkolak. Umarudziłam więc Męża do nieprzytomności, wyzłościłam się jak szekspirowska Katarzyna, a na koniec rozryczałam jak fryzjerka na "Stalowych magnoliach".

Może mogłabym po prostu wywalić książki przez okno i po sprawie? Cyceron twierdził co prawda, że człowiek do szczęścia potrzebuje ogrodu i biblioteki, ale może nie wiedział, co mówi? Ostatecznie bez ogrodu jakoś żyję.

sobota, 22 czerwca 2013

Wiedźma Ple-Ple wkłada łeb pod kran

W środę byłam z Bridżet w szpitalu na zdjęciu szwów. 
Bridżet ma nieprzyzwoicie zgrabny nosek gwiazdy filmowej z lat 60., superpromienny uśmiech i raka.
Jest chyba jedyną osobą, która naprawdę rozumie moje schizy, bo po prostu ma ten sam rodzaj neurozy.
Na szczęście każda z nas potrafi włączyć w sobie żelazną logikę, by z bezwzględnością Robespierre'a rozprawić się ze schizami drugiej. Gdybym umiała samej sobie tak rozmontować swoją paranoję, jak potrafię to zrobić Bridżet i odwrotnie, byłybyśmy dwiema najzdrowszymi osobami na świecie. 
Kiedy miesiąc temu Bridżet usłyszała, że ma nowotwór, zapowiedziała, że odstawia doktora Google'a i mianuje mnie swoją riserczerką. Na szczęście, na szczęście okazało się, że żadnych wieści nie muszę specjalnie dla jej nadwrażliwych uszu czyścić i polerować, bo cholerstwo, które ją dopadło naprawdę stosunkowo łatwo i skutecznie się leczy. 
Cała ta ponura historia podziałała na Bridżet ożywczo. Rak realny okazał się mniej krwiożerczy od wyimaginowanego, a ona sama silniejsza, niż kiedykolwiek sądziła. Teraz - jak napisała w mailu rozesłanym do przyjaciół - zamierza przestać być neurotyczką i chce przeistoczyć się w wiedźmę Ple-Ple z Fraglesów: umorusaną doświadczeniami, szczerbatą od walk, z liśćmi we włosach, ale rechoczącą wesoło. 
http://www.komorniki.info/co-ma-nam-do-zakomunikowania-sluchacz/
To mi przypomina mój stan podczas Wielkiej Wiosny 2010 r. Wszystko było nie tak z moim życiem: byłam singlem, którym nie chciałam być, nie miałam kasy, a przede wszystkim wiedziałam, że Mama za moment
lub dwa umrze.
I byłam wtedy szczęśliwa jak nigdy. Zrozumiałam, że Dobre jest teraz i tutaj, a lepsze nigdy nie nadchodzi, a jeśli nawet czasem się zdarza, to nie ma co go wypatrywać. 
Doszło do mnie, że można jednocześnie przeżywać wielki dramat i czuć prawdziwą rozpacz oraz być szczęśliwym.
Nazywam to angielskim kranem: zimna woda idzie jedną rurą, gorąca drugą. Wkładasz lewą rękę pod strumień gorący, drugą pod lodowaty i okazuje się, że to hula.
Można znajdować spokój w chaosie, chorobie, kłopotach. Po prostu.
Raz tę sztuczkę opanowałam. I teraz jest czas, kiedy muszę znów to zrobić. Dla siebie, dla Męża i dla Syna. Stąd ten blog.
Nie wiem, czy Bridżet i ja kiedyś będziemy całkowicie wolne od tych cholernych myśli pt. "jaka katastrofa przydarzy się mi teraz?" Ale wiem, że możliwe jest rozpoznanie suk, kiedy tylko pukają do wrót przebrane za realistyczne myślenie, umiejętność przewidywania trudności czy troskę. A wtedy cap za frak i ziuuuu! Won za bramy mojego królestwa!

http://ffffunny.com/images/9553-british-faucets-vs-the-rest-of-the-world-

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Ze śmiercią mi do twarzy

Nie wiem jak Wam, ale mi nic nie daje takiego kopa do życia, jak wyobrażenie sobie siebie w trumnie.
http://www.flickriver.com/photos/juliesuarez/3595429837/
A jeszcze lepiej na łożu śmierci. To zresztą znana wschodnia technika medytacyjna. Mnie zamiast siedzenia na poduszce i wizualizacji służy dziś już lekka, od czasu do czasu ujawniająca się hipochondria.
Ludzie! nawet nie wiecie, jak to jest wymyślić sobie np. raka, pożyć kilka dni z wizją rychłego końca, po czym usłyszeć od lekarza: "ma pani po prostu lekkie zapalenie zatok szczękowych". Jak świeżo i pięknie nagle wygląda zasikany przez psy skwer przy domu, jak poetycko zamyślony jest sąsiad, którego dotąd brało się za gbura!
Moja hipochondria w zasadzie wyparowała wraz ze śmiercią Mamy. Dwie wizyty dziennie w hospicjum przez bite trzy miesiące działają jak szczepionka - człowiek przestaje mieć potrzebę aplikowania sobie dopalacza w postaci wyimaginowanych chorób, kiedy choć przez jeden moment naprawdę skuma, że kiedyś zejdzie.
Polecam każdemu.
Oczywiście na co dzień o tym nie pamiętam i wtedy jęczę na pogodę, czepiam się Męża i znów mam jakiegoś raka. Ale od czasu do czasu coś mnie poruszy jak  ten materiał znaleziony dziś rano na fejsie. Potrzebne mi niekiedy porządne potrząśnięcie za ramię. Ostatnio była nim też książka Joanny "Chustki" Sałygi, kilka lat temu "Ostatni wykład" Randy'ego Pauscha:

Moja rada na dziś: chcesz żyć jak cysorz, trzepnij się czasem bez łeb piszczelą.